Zespół niespokojnych rąk....hm...brzmi trochę jak jednostka chorobowa... Kto wie, może taka choroba istnieje naprawdę...
Mój "zespół" raczej nie jest chorobą, ale trochę patologii w sobie kryje. No bo czy to normalne, żeby te ręce...takie niespokojne? Ogromnie lubią coś wytwarzać, lepić, filcować, wycinać, kleić, malować, szlifować, polerować, rysować...tylko jakoś sprzątanie nie leży w kręgu ich zainteresowań. Cokolwiek by nie powiedzieć, to typowe one (te ręce) nie są. Czasem potrafią zatruć umysł i wszelkie możliwe zakamarki świadomości chęcią działania, chęcią zrealizowania pomysłu, albo chęcią poszukiwania pomysłu . W tych chwilach są rozbiegane, poddenerwowane, potrafią znużyć niczym nadmiernie aktywne dziecko w ciasnej poczekalni. Ale są też chwile inne, kiedy szczęśliwe dopną swego i zapamiętale lepią, filcują, wycinają, kleją, malują, szlifują, polerują ile tylko w palcach siły. Wtedy można patrzeć na nie z przyjemnością, jak na bawiące się grzecznie dzieci.
Kolejne porównanie do dzieci? No tak, bo też z nimi (tymi rękami) jest trochę jak z dziećmi: pielęgnujesz je, patrzysz jak rosną, jak się rozwijają, starasz się dopomóc, by ten rozwój przebiegał jak najlepiej, a one i tak Cię zaskoczą. Oby mile!
Te moje ręce też czasem zaskakują...efektami swojej pracy. I o takich efektach właśnie ma być niniejszy blog. Zobaczymy co z tego wyniknie, bo pisząc te słowa muszę się posługiwać owymi niespokojnymi rękami właśnie, a nie wiem czy im się to spodoba. Póki co sza! Może się nie zorientują o czym tu mowa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz